poniedziałek, marca 17, 2014

i znowu szpital i i znowu zabieg

Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie, za słowa otuchy, za kciuki za Oleczka. Nie wyobrażacie sobie jak wiele to dla mnie znaczy. Prawie wszyscy macie koty, psy więc doskonale mnie rozumiecie, mój niepokój, obawy, strach. Chciałabym dziś napisac, że jest cudownie, że wszystko dobrze, ale...niestety Oluś miał dziś znowu zabieg. Lekarz, który jest jego lekarzem prowadzącym wrócił po dwóch dniach nieobecności i stwierdził, że rana Oleczka sama się nie zrośnie. coś tam się rozeszło (pomimo, że w sobotę miał założony dodatkowy szew) brzegi się zawinęły i z ranki znowu coś zaczęło leciec. To nie był już ropny wypływ tylko takie osocze, woda. Trochę mnie rano przestraszył, że to z brzuszka, ale potem w badaniach nie było żadnego stanu zapalnego i podczas operacji okazało się, że w brzuszku jest wszystko dobrze. Profilaktycznie zostawił Oleczka w szpitalu, ale jutro po pracy mam go odebrac. Ileż się ta moja kocina musi nacierpiec :(. Oby okazało się, że wyczerpał już limit nieszczęśc! a kysz ty zły losie!!! ty pechu jeden!!! teraz ma już byc tylko dobrze!!!!


sobota, marca 15, 2014

Czy to moja wina? Czy mogłam tego uniknąc?

Jak zapewne częśc z Was wie Oleczek jest po bardzo ciężkiej operacji. Niemniej tym, którzy nie obserwują Miaukotek na facebooku winna jestem streszczenia całej sytuacji.
Tydzień temu z czwartku na piątek Oluś wymiotował całą noc. Raniutko pojechałam z nim do weterynarza z podejrzeniem, że obgryzł palmę wielkanocną. Palma stoi w wazoniku już ze dwa lata, koty ciągle ją obskubują, ale tylko to przyszło mi do głowy jako przyczyna zatrucia Oleczka. Po podanych lekach Księciulek przestał wymiotowac, nie jadł co prawda ale lekarz nie pozwolił mi tego dnia karmic go na siłę. W sobotę rano podałam mu odrobinę jedzenia na siłę. Po kilku godzinach ponownie zaczął wymiotowac. Natychmiast pojechaliśmy do kliniki. Tym razem lekarz już się zaniepokoił i nakazał wykonanie rtg. Co prawda rentgenologa nie było, ale zdjęcie Oleczka zostało przesłane do opisu drogą elektroniczną. Za jakiś czas po powrocie do domu otrzymałam telefon z informacją, że Oli ma stan zapalny trzustki lub dwunastnicy, ale to może potwierdzic usg. Pomimo, że w niedzielę lekarz wykonujący usg nie pracuje to przyjechał do kliniki aby wykonac badanie Oleczka. Niestety już po kilku chwilach postawił diagnozę...wgłobienie jelita. Operacja musiała byc wykonana natychmiast. Wgłobienie powoduje martwicę jelit i niestety jest to śmiertelne zagrożenie. Ponieważ ciężko jest przewidziec co lekarz zobaczy po otwarciu brzuszka zostałam poinformowana, że Oluś może tej operacji nie przeżyc. Stan był naprawdę bardzo poważny, nikt nie straszyłby mnie tam bezpodstawnie. Operacja Oleczka zaczęła się w ciągu godziny od postawienia diagnozy. Po dwóch godzinach zarówno anestezjolog jak i chirurg poinformowali mnie, że wszystko przebiegło bez komplikacji choc Oluś ma usunięte 25 cm jelita. Przez kolejne dni odwiedzałam go przed pracą, po pracy i wieczorem w szpitalu. To wtedy przekonałam się jak wiele dla siebie znaczymy nawzajem, jak ogromna jest potrzeba Oleczka do przytulania i poczucia, że nie jest tam pozostawiony sam sobie. Niestety po operacji wystąpiły komplikacje w postaci wydzieliny ropnej z rany co przedłuża leczenie szpitalne Oleczka. Niemniej od czwartku zabieram Księciulka na noc do domu. Może się dzięki temu najeśc, wyspac spokojnie. Niestety poranne pakowanie do transporterka to naprawdę łamanie serca.... a najgorsze, że to wszystko najprawdopodobniej przeze mnie :(
Miałam to przegryźc samotnie, ale za namową GosiAnki Wrocławianki postanowiłam upublicznic swóją winę ku przestrodze. Oczywiście nic nie zrobiłam z premedytacją, wiecie jak kocham moje koty, cały dom jest im podporządkowany, zachowuję wszystkie zasady bezpieczeństwa.....a jednak.
Po operacji lekarz powiedział, że na podstawie tego co znalazł w jelitach stwierdza, że Oleczek zatruł się jakąś chemią. Przez kilka dni zapierałam się, że nie jest to możliwe, że wszystko mam zabezpieczone i w ogóle nie stosuję chemii tylko czarnego mydła, które jest bezpieczne....aż do momentu kiedy pocztą przyszły zawiasy do zepsutej deski sedesowej.....Jakiś czas temu zepsuła się deska, pękły zawiasy, musiałam zdjąc klapę. Przez ten czas nie myłam muszli żadnymi chemicznymi środkami, ale....nie zdjęłam zawieszki ze środkiem do toalet :( .... najprawdopodobniej Oleczek dotknął tego łapką, choc nigdy nie wykazywał zainteresowania tym miejscem jest to jedyne wytłumaczenie. Potem musiał podczas mycia po prostu zlizac z futerka środek chemiczny. Reakcja organizmu była tak gwałtowna, że doszło do wgłobienia. Na dziś klapa już jest zamontowana, ale nie mogę sobie wybaczyc, że nie wyjęłam tej cholernej kostki, że nie wpadłam na to, że kot może tam zajrzec.... Prawda jest taka, że mając koty trzeba oglądac się po tysiąckroc, zastanowic sto razy i myślec z wyprzedzeniem o tym co mogą zrobic.
Powitanie Olusia 

Tylko Mania miała awersję do nowego zapachu Ksieciulka

środa, marca 12, 2014

Kocia miłośc

Wiele osób, szczególnie tych, które niewiele mają z kotami do czynienia, oczernia koty twierdząc, że jest on zwierzęciem, które nie przywiązuje się do człowieka a np. do miejsca. Nic bardziej mylnego. Co prawda o kociej miłości i przywiązaniu często przekonac się można niestety w przykrych okolicznościach ale tylko dlatego, że kot, gdy jest wszystko dobrze, nie zawraca sobie głowy ciągłym upewnianiem swojego człowieka o jego uczuciach. My zresztą w codziennym zabieganiu często też zapominamy o okazywaniu naszym kotom ogromu uczuc jakim ich darzymy. Pierwszy raz o takim przywiązaniu i niesamowitej więzi przekonałam się kiedy oddałam Coco o czym pisałam TUTAJ . Obecnie przekonuję się o ogromnej więzi z Oleczkiem. Niestety okoliczności też nie są przyjemne, rzekła bym nawet bardzo dramatyczne. O tym co się działo i dzieje piszę na bieżąco na Miaukotkowym facebooku . Tutaj chciałam opisac aspekt emocjonalny. Oleczek jest u mnie niecałe dwa lata. Na co dzień nie jest bardzo przytulastym koteczkiem. Nawet czasem nazywam go "kotkiem autystycznym". Owszem lubi się pomiziac trochę, ale raczej rzadko przywita mnie w drzwiach kiedy wracam z pracy. Taki typowy kot. I oto jesteśmy rozdzieleni. Jego pobyt w szpitalu mnie kosztuje bardzo wiele. Jestem u niego w szpitalu trzy razy dziennie: przed pracą, po pracy i późnym wieczorem. Prawda jest taka, że gdyby nie moje wizyty Oluś zapewne by nie siusiał, nie jadł, a z całą pewnością nie dochodził do siebie po ciężkiej operacji. Cały personel kliniki, w tym pani doktor zajmująca się kocią behawiorystyką są w szoku jak bardzo zmienia się zachowanie Oleczka podczas moich wizyt. Jak widac, że on czeka aż ja przyjdę, jak się cieszy, że mnie widzi, jak bardzo potrzebuje kontaktu ze mną. Podczas wizyt tuli się, daje do głaskania brzuszek, turla się...to wszystko robi będąc w szpitalu! więc ewidentnie jego dobry nastrój wiąże się z moją osobą. Lepiej żeby nikt z Was nie musiał się przekonywac w takich okolicznościach o tym, że wasze koty was bardzo kochają, po prostu pamiętajcie, że tak jest.

niedziela, stycznia 12, 2014

Griszka chłopak z dzielni, Coco dziewczyna z ulicy...

Wśród mojego stada są dwa koty rasowe (z rodowodem, z hodowli), czyli Buba i Oluś, dwa koty w typie, czyli Mania i Bajeczka (uratowane z pseudohodowli przez lubelską Fundację Felis (tutaj KLIK) ) oraz dwa koty nierasowe czyli Coco i Griszka. Zastanawialiście się kiedyś jak geny i pochodzenie wpływają na zachowanie waszych kotów? Ciekawa jestem czy macie podobne obserwacje do moich? Dopóki była w domu tylko Coco nie miałam pewności czy tak jest rzeczywiście, ale odkąd jest Griszka, którego wychowuję od jego piątego tygodnia życia, nabieram pewności, że wychowanie wychowaniem, ale geny są najsilniejszym czynnikiem kreującym zachowania i charakter kota.



Obserwuję, że podczas jedzenia (pomimo, że Mania jest wielkim żarłokiem) cztery koty jedzą spokojnie, grzecznie a dla dwóch to jest prawie walka o jedzenie, o to żeby zjeść jak najwięcej, z każdej miski coś wyrwać. O ile Coco może pamiętać, że była głodna o tyle Griszka nigdy głodny nie był więc u niego z całą pewnością takie zachowanie motywują geny.
Żywiołowość. Koty zarówno te rasowe jak i w typie są o wiele delikatniejsze zarówno w zabawie jak i w obyciu. Coco i Griszka to takie niewychowane dzieci, to one najwięcej rozbijają rzeczy, zrzucają, stół to jest ich miejsce i nie ma możliwości oduczenia ich chodzenia po nim.

Niestety ani Coco ani Griszka nie potrafią siedzieć tak grzecznie na krzesełkach.

Korzystanie z kuwety. Każdy z czterech kotów (Buba, Mania, Bajka, Olek) załatwia swoje potrzeby w miarę dyskretnie i zakopują swoje urobki. Zarówno Coco jak i Griszka załatwiają się "w locie" często zostawiając wszystko niezakopane, wywalając kupę żwiru dookoła. Coco dodatkowo zmusiła mnie do zakupienia krytych kuwet ponieważ siusia na stojąco "po ścianach". 
Zabawa. Cztery koty zabawę traktują jak zabawę, wiedzą jak bawić się zabawkami. Coco bardzo często podczas zabawy zaczyna po prostu walczyć, a Griszka nie patrzy na nic, biega i skacze po mnie kiedy leżę, a jego ulubionym zajęciem są zapasy. Kiedy już żaden kot nie chce się z nim bić to oczywiście uważa, że wtedy przychodzi moja kolej na ćwiczenia razem z nim :P.



Ciekawa jestem czy u was też są tak bardzo widoczne różnice w zachowaniu kotów, w których genetykę ingerował człowiek a tych, które są takie jak tworzyła ich kod genetyczny natura??


Proszę nie traktować tego co napisałam jako rozprawki naukowej, są to tylko moje luźne dywagacje na temat kociej genetyki, na której się absolutnie nie znam :).




środa, stycznia 08, 2014

wannokot bury

Mały kotek Griszka nie jest małym kotkiem Griszką. Rośnie w tempie pendolino :). Nie wiem co z tego kota wyrośnie...pewnie jakiś wielkokot. Póki co mały-wielki kot Griszka nauczył się wskakiwać do wanny i to jest dla niego najciekawsze miejsce w domu. Jednocześnie wzbudza tym sensację wśród pozostałych domowników kocich czego efektem jest brak dostępu do kąpieli :P. Wanna jest non stop zajęta przez futerkowce.







poniedziałek, stycznia 06, 2014

Historia Coco

Obiecałam kiedyś, że opiszę historię Coco...czas wywiązać się z obietnicy.
Kiedy w 2009 roku przeprowadziłam się do swojego mieszkanka byłam posiadaczką jednego kota. Buba jakoś specjalnie nie łaknęła towarzystwa, ale ja bardzo chciałam mieć drugie futerko w domu. Bliżej lata zaczęłam rozglądać się za jakimś kociakiem do adopcji. Zarejestrowałam się na forum miau w trakcie moich poszukiwań. Tam też trafiłam na wątek Chanelki.

Kotka wróciła właśnie z adopcji :( ...podobno przetrzepała skórę psu-rezydentowi. Miała wtedy 9 miesięcy. Od początku było wiadomo, że kotka jest głucha i dość trudno jej się odnaleźć w nowym środowisku. Jej "wadą" było też głośne miauczenie, najprawdopodobniej spowodowane głuchotą. Kilka dni obserwowałam wątek Chanelki, nikt się nią nie interesował i doszłam do wniosku, że to ja muszę ją zaadoptować.  Kicia przebywała w Kielcach, dziewczyna zajmująca się adopcją przysłała do mnie na wizytę przedadopcyjną Gosię, którą po czasie miałam przyjemność spotkać, od której odebrałam kociaki wśród których była Pysiunia[*] i Urwiś[*].  Najwyraźniej Gosia oceniła mnie jako dom odpowiedni do przyjęcia Coco. 
07.07.2010 Chanelka przybyła do naszego domu. Kiedy przyjechała w koszyku piknikowym i pierwszy raz wtuliła się we mnie obie byłyśmy szczęśliwe.
Początki nie były najgorsze. Chanelka-Coco nie była aż tak bardzo głośna jak się zapowiadało, ale dopiero po czasie zaczęły wychodzić inne rzeczy, które sprawiły, że losy Coco były o wiele bardziej dramatyczne niż się zapowiadało.
W miarę jak Coco czuła się coraz pewniej u nas jej zachowanie zaczęło się zmieniać. Ze względu na to, ze nie słyszała była też nieuważna, wszystkie przedmioty stojące luzem lądowały w koszu w postaci skorup. W krótkim czasie moje mieszkanie zostało oczyszczone z wazoników, świeczników, bibelotów. Pamiętam jak ogarnęła mnie rozpacz kiedy z szafek kuchennych Coco zrzuciła kilka butelek z oliwą....oczywiście się rozbiły :(. Pamiętam też jak nie mogłam jej przez pół dnia znaleźć bo zasnęła w rogu na kuchennych szafkach i wcale nie było jej widać. 
Coco zaczęła też siusiać ...wszędzie, a najbardziej uwielbiała to robić w ubrania, które wtedy mieliśmy jeszcze w kartonach. Ile razy było tak, że wyjmowałam coś w czym chciałam wyjść a to okazywało się śmierdzące i osikane jak również połowa zawartości z kartonu. Mój syn był wściekły na Coco i ciągle ją wyganiał od siebie. Nawet mówił na nią w tamtym czasie"Franc". Najgorsze jednak było to, że Coco stałą się agresywna...i to bardzo. Potrafiła mnie zaatakować i pogryźć tylko dlatego, że poruszyłam się w łóżku. Atakowała znienacka i boleśnie, bez ceregieli. Sterroryzowała mnie i Bubę. Moje rany były bardzo bolesne. Po ugryzieniu, z powodu uczulenia na kocią ślinę puchłam, a rana zawsze ropiała i goiła się bardzo długo. Buba czuła się też sterroryzowana przez Coco, bała się chodzić po mieszkaniu. Próbowałam skontaktować się z dziewczyną, od której adoptowałam Coco (zapis o kontakcie w razie problemów jest w umowie adopcyjnej),ale bez rezultatu. Rozwiązanie problemu Coco przerosło mnie. Gdybym wtedy była mądrzejsza o obecne doświadczenie, gdybym znała osoby, które znam dzisiaj pewnie nigdy bym nie zrobiła tego co zrobiłam wtedy........oddałam Coco. Nie dość, że ją oddałam to jeszcze oddałam ją osobie, której nie znałam, nie wiedziałam jaka jest, jak zajmie się kotem....Tak Coco trafiła na pola, do lasu, bo okazało się, że już następnego dnia uciekła od tych ludzi. Dobrze,że chociaż ta dziewczyna zadzwoniła i mnie o tym powiadomiła bo sama nie zamierzała szukać kota. Był 1 października 2010, wtedy już były przymrozki. Zdawałam sobie sprawę, że biały, głuchy kot nie poradzi sobie wśród pól i lasów, gdzie biegają nie tylko psy ale też lisy, kuny... Miałam przytłaczające poczucie winy, nie spałam, nie jadłam. Zaraz po pracy jechałam w okolicę zaginięcia Coco i rozwieszałam ogłoszenia, które co dzień były zrywane, rozmawiałam z ludźmi. Raz nawet miałam nadzieję bo ktoś widział Coco ale jak ją wołał to nie chciała przyjść, ale to był jeden, jedyny raz. Dom nagle bez tego szalonego kota stał się jak pustynia.... rozpaczałam strasznie, wyrzucałam sobie swoją głupotę...wiedziałam, że to wszystko było moją winą. W międzyczasie pojawił się pierwszy śnieg, przymrozki przybrały na sile.....minęło 10 dni. Nikt nie widział więcej Coco, moje poszukiwania nic nie dały..... zwątpiłam :(. Trudno mi było pogodzić się z tym co się wydarzyło, ale nie wierzyłam aby Coco dała radę przetrwać w takich warunkach. Zaprzestałam poszukiwań.
14 października około godz.21 zadzwonił telefon. Właśnie brałam kąpiel. Numer nieznany. Odebrałam. 
-Czy to pani dawała ogłoszenie o zaginionym kocie??- w tle było słychać szczekanie psa i rozdzierający wrzask kota....- Bo ja znalazłam pani kota!
Nie wierzyłam, nie wierzyłam, naciągnęłam tylko jeansy i bluzę, bez skarpetek, z mokrą głową pojechałam jak wariatka pod podany adres. Przywitała mnie młoda dziewczyna i mała dziewczynka. Coco już była w domu ale nadal darła się jak opętana...kiedy mnie zobaczyła rzuciła się w moją stronę wtulając się we mnie i dopiero wtedy ucichła. Płakałam, nie wiem czy z radości czy nad nią....była wychudzona, brudna w jakimś smarze, z podrapanym nosem i pyszczkiem, ale żyła. Zabrałam ją czym prędzej do domu po drodze zajeżdżając tylko po szampon. Na czas kiedy poszłam do sklepu Coco została w samochodzie z moją koleżanką. Kiedy tylko wysiadłam z samochodu natychmiast zaczęła przeraźliwie miauczeć, gdy wróciłam ucichła. Po powrocie wykąpana, najedzona, bezpieczna zasnęła snem kamiennym. Od tego momentu wiedziałam, że żadnego kota którego wezmę nigdy, nikomu nie oddam. 
Coco za ponowne przyjęcie do domu odwdzięczyła się w najcudowniejszy sposób, po pierwsze była na szczęście zdrowa i szybko doszła do siebie, a w jej zachowaniu zaszły niesamowite zmiany. Jakby doceniła dom, ciszę, spokój. Przestała siusiać byle gdzie (wyjątkiem była choinka), zaprzyjaźniła się z Bubą, stawała się stopniowo coraz mniej agresywna.
Może to doświadczenie nie było przyjemne (szczególnie dla Coco) ale zmiana jaka nastąpiła zarówno w Coco jak i we mnie dzięki temu wydarzeniu sprawiła naszą zmianę na lepsze :)






wtorek, grudnia 24, 2013

Miaukotki świątecznie i nie tylko

Przede wszystkim moi kochani ja i moje kociambery życzymy Wam kolorowych, zdrowych, radosnych i obfitych w cuda Świat Bożego Narodzenia :)
U nas już posprzątane (dopóki znowu Griszka coś nie zmaluje), jedzonko naszykowane. Można się teraz zrelaksować przed Wigilią.
Griszeczek to jest mały agencior. Powieszone firanki, trzeba je zdjąć. Sprzątnięte kuwetki, trzeba wywalić żwirek. Rozłożona choinka, trzeba się na nią wdrapać... nie umiem się jednak na niego gniewać. 


Mały kociaczek narobił zamieszania wśród moich kotów. Wytrącił je z letargu, zamieszał w ich ustabilizowanym życiu. Nie tylko z Olusiem się bawi. Buba dostała dzięki niemu speeda. Coco też dostaje napadów wariacji. Jednak w walkach niezastąpiona okazała się Bajka być może dlatego, że wagowo pasują do siebie z Grisiem.
Oluś ma ciągle problemy ze zdrowiem. To znaczy już teraz pozostaje nam wybranie serii antybiotyków do końca i miejmy nadzieję, że to będzie już koniec chorowania.